Szacuje się, że w Polsce nadal jest około 300 tysięcy osób, które zaciągnęły kredyty frankowe, lecz nie wystąpiły przeciwko bankom na drogę sądową. Część z nich dawno spłaciła swoje zobowiązania i uznała sprawę za zamkniętą. Nie ponoszą już kosztów związanych z kredytem, ale w rzeczywistości wciąż mogliby odzyskać znaczne sumy – często idące w dziesiątki lub setki tysięcy złotych.
Strach przed sądem wciąż silniejszy niż szansa na wygraną
Dlaczego więc tak wielu z nich milczy? Najczęściej powodem jest lęk przed samym procesem. Wielu kredytobiorców obawia się sądowych formalności, długiego postępowania i stresu związanego z przesłuchaniami. Choć dane pokazują, że osoby pozywające banki wygrywają niemal wszystkie sprawy – statystyki mówią o około 99 procentach korzystnych wyroków – wciąż pojawia się niepewność. Część spraw trafia bowiem do sędziów, którzy nie akceptują unijnej linii orzeczniczej i uważają, że umowy powiązane z frankiem szwajcarskim powinny pozostać ważne.
Rok 2025 może jednak okazać się przełomowy. Coraz więcej wyroków potwierdza stanowisko, że zapisy w umowach frankowych były niedozwolone. Z drugiej strony, wciąż istnieje wąska grupa sędziów, których orzeczenia odbiegają od dominującego trendu i są postrzegane jako nieprzychylne wobec konsumentów. To właśnie ich decyzje budzą największe obawy wśród kredytobiorców rozważających pozew.
W efekcie wielu frankowiczów stoi dziś przed wyborem – zaryzykować i walczyć o swoje pieniądze w sądzie, czy pozostać przy przekonaniu, że skoro kredyt został spłacony, to sprawa jest zakończona. Jedno jest pewne, stawką mogą być naprawdę duże kwoty, a czas działa raczej na korzyść tych, którzy zdecydują się działać.
Nieufność wobec sądów powstrzymuje frankowiczów, ale nadchodzi zmiana podejścia
Strach przed zeznaniami w sądzie wciąż powstrzymuje wielu frankowiczów przed złożeniem pozwu przeciwko bankom. Może się to jednak wkrótce zmienić.
We wrześniu portal Rzeczpospolita opublikował wyniki sondażu IBRiS, który pokazuje, jak niskie jest zaufanie Polaków do wymiaru sprawiedliwości. Aż 57,4 proc. respondentów przyznało, że nie ufa sądom – z czego 23,1 proc. deklaruje brak zaufania w sposób stanowczy. Jedynie 2,3 proc. badanych wyraziło pełne zaufanie, co oznacza spadek o 3 punkty procentowe w porównaniu z poprzednim rokiem. Ogólny poziom zaufania wynosi obecnie 36,1 proc., a znacząco zmalała grupa osób obojętnych wobec sądownictwa – z 21,4 proc. do 6,4 proc.
Te dane pokazują, że społeczeństwo wciąż postrzega sądy z dużym dystansem. To tłumaczy, dlaczego wielu frankowiczów, mimo niemal pewnej wygranej (97–99 proc. korzystnych wyroków), nie decyduje się na pozew. Obawy przed formalnościami, długim procesem i dociekliwymi pytaniami zniechęcają część kredytobiorców.
Czy jednak proces frankowy w 2025 r. naprawdę musi oznaczać stresujące przesłuchanie? Coraz częściej nie. Sądy coraz rzadziej wzywają kredytobiorców do składania zeznań, a przebieg postępowań jest spokojniejszy i bardziej przewidywalny. Zmiana praktyki orzeczniczej może więc wkrótce przełamać barierę strachu i skłonić kolejnych frankowiczów do walki o swoje prawa.
W 2025 roku o wyniku spraw frankowych decyduje umowa, nie zeznania
W procesach dotyczących kredytów frankowych coraz rzadziej liczy się to, co powie kredytobiorca. Znaczenie mają przede wszystkim zapisy umowy. Sądy, które od lat rozpatrują tysiące podobnych spraw, wiedzą już, że o nieważności kontraktu decyduje jego treść, a nie wiedza czy świadomość klienta w momencie podpisywania dokumentu.
Nie ma więc znaczenia, czy pożyczkobiorca wiedział, że jego rata i saldo mogą się zmieniać wraz z kursem franka. Nawet jeśli miał taką świadomość, nie był w stanie przewidzieć, że w ciągu kilku lat kurs waluty wzrośnie o ponad sto procent. Banki nie tylko nie ostrzegały przed takim ryzykiem, ale często przedstawiały kredyty frankowe jako bezpieczniejsze i bardziej stabilne od złotowych. Doradcy zapewniali, że frank to pewna waluta, a udzielanie takich kredytów osobom, których nie było stać na finansowanie w złotówkach, dodatkowo wzmacniało wrażenie bezpieczeństwa.
Z dzisiejszej perspektywy trudno się dziwić, że klienci ufali bankom. Zaciągając kredyt, przeciętny konsument nie zakłada, że instytucja finansowa może celowo wprowadzać go w błąd. Tymczasem banki budowały ofertę na bazie konstrukcji, która przerzucała całe ryzyko kursowe na klienta. Wielu kredytobiorców, zarabiających wyłącznie w złotówkach, zostało więc wciągniętych w pułapkę zadłużenia, które rosło mimo regularnych spłat.
Dziś sądy nie mają już wątpliwości, że takie umowy nigdy nie powinny były trafić do obrotu. W wielu przypadkach orzeczenia zapadają bez przesłuchiwania stron – wystarczają dokumenty i treść kontraktu. Coraz częściej zeznania odbierane są na piśmie, a wyroki zapadają na posiedzeniach niejawnych, bez konieczności udziału kredytobiorcy w rozprawie.
Taki sposób procedowania może stać się standardem. Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało projekt tzw. ustawy frankowej, która przewiduje uproszczenie postępowań. Zgodnie z proponowanymi przepisami sąd będzie mógł prowadzić sprawę bez rozprawy, nawet jeśli jedna ze stron będzie chciała stanąć przed sędzią. Przewidziano też możliwość zdalnych przesłuchań i składania zeznań w formie pisemnej. Ostatecznie to sędzia zdecyduje, jak poprowadzi postępowanie – a wszystko wskazuje na to, że sądy coraz chętniej będą sięgać po te rozwiązania, które skracają proces i zmniejszają stres po stronie kredytobiorców.
Ilu sędziów wciąż patrzy na sprawy frankowe inaczej niż reszta?
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że przy niemal 99-procentowym wskaźniku wygranych spraw frankowych przez kredytobiorców, polskie sądy mówią jednym głosem i zdecydowanie stoją po stronie konsumentów. W rzeczywistości obraz jest nieco bardziej złożony. Większość orzeczeń faktycznie zapada z korzyścią dla frankowiczów, ale nie każde z nich w pełni realizuje standard wyznaczony przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
Sama nieważność umowy to nie wszystko. Zgodnie z utrwalonym orzecznictwem, konsument ma prawo do odsetek ustawowych od nienależnie spełnionych świadczeń, liczonych od dnia wezwania banku do zapłaty. Ma też prawo do zabezpieczenia powództwa – czyli wstrzymania spłaty kredytu na czas trwania procesu – oraz do rozliczenia według tzw. teorii dwóch kondykcji, zakładającej niezależne roszczenia obu stron. Tymczasem niektórzy sędziowie, choć stwierdzają nieważność umowy, pomijają część tych uprawnień. Nie zasądzają odsetek, błędnie je liczą lub rozliczają strony saldem. Takie wyroki formalnie trafiają do statystyk jako wygrane, ale w praktyce nie są w pełni korzystne dla konsumentów.
Jeszcze mniejsza, choć wciąż zauważalna grupa sędziów, próbuje utrzymać umowy frankowe w mocy. Takie orzeczenia zdarzają się dziś znacznie rzadziej niż kilka lat temu, lecz wciąż budzą niepokój wśród kredytobiorców. Do 2023 r. banki częściej wykorzystywały argument o braku statusu konsumenta – np. wskazując, że część kredytu przeznaczono na cele firmowe albo że kredytobiorca miał wiedzę ekonomiczną. Dziś tego typu uzasadnienia przestają działać. Linie orzecznicze są ugruntowane, a TSUE jasno wskazuje, że ochrona konsumenta nie może zależeć od jego wykształcenia czy doświadczenia zawodowego.
Jeżeli więc w 2025 r. sędzia oddali powództwo, ignorując unijne orzecznictwo, niemal pewne jest, że sąd apelacyjny to naprawi. Mimo to wciąż istnieje niewielka grupa orzeczników, którzy interpretują przepisy po swojemu – i to właśnie ich wyroki stanowią dziś wyjątek, a jednocześnie źródło największych obaw wśród frankowiczów.
Dlaczego niektóre sprawy frankowe wciąż kończą się nie po myśli kredytobiorców
Mimo że zdecydowana większość procesów frankowych kończy się wygraną konsumentów, wciąż zdarzają się orzeczenia, które budzą zdziwienie pełnomocników i samych kredytobiorców. Warszawski Sąd Okręgowy, rozpatrujący najwięcej tego typu spraw w Polsce, nadal jest miejscem, gdzie można trafić na sędziów prezentujących poglądy odbiegające od utrwalonej linii orzeczniczej.
Niektórzy orzecznicy, tacy jak Andrzej Kuryłek czy Henryk Walczewski, utrzymują w mocy umowy frankowe, uznając je za zgodne z prawem. W ich sprawach często dochodzi do oddalania powództw, braku zasądzenia odsetek lub pomijania prawa konsumenta do zabezpieczenia roszczenia. W efekcie kredytobiorcy, którzy teoretycznie „wygrywają” częściowo, w praktyce odzyskują znacznie mniej, niż powinni. Takie wyroki niemal zawsze trafiają do sądu apelacyjnego, który później je zmienia.
W środowisku frankowiczów znane są też przypadki sędziów, którzy podchodzą do spraw w sposób wyraźnie zachowawczy. Edyta Bryzgalska czy Eliza Kurkowska uznają, że nawet umowy zawierające klauzule wpisane do rejestru niedozwolonych mogą pozostać w mocy, a roszczenia konsumentów należy ograniczać do zwrotu nadpłat wynikających ze spreadów walutowych. W podobnym tonie orzeka Ewa Ligoń-Krawczyk, która otwarcie sprzeciwia się dominującej interpretacji unijnego prawa konsumenckiego.
Nie brakuje też sędziów, którym zarzuca się przewlekłość postępowań lub opieszałość w wydawaniu wyroków, co potęguje frustrację kredytobiorców. Jednocześnie obserwuje się rosnącą liczbę spraw, w których sądy drugiej instancji korygują te orzeczenia i wydają wyroki korzystne dla konsumentów.
Wszystko wskazuje więc na to, że choć pojedyncze wyjątki wciąż się zdarzają, linia orzecznicza w Polsce jest coraz bardziej jednolita. Frankowicze mają dziś znacznie większe szanse na sprawiedliwe rozstrzygnięcie – nawet jeśli droga do niego prowadzi przez apelację.
Gdy sprawa zamiast do wyroku trafia na mediację – dlaczego frankowicze tracą cierpliwość
Coraz więcej frankowiczów zauważa, że ich sprawy nie kończą się wyrokiem, lecz trafiają na mediacje. Dla wielu z nich to sygnał, że postępowanie może utknąć w miejscu. Zjawisko to szczególnie widoczne jest w warszawskim XXVIII Wydziale Cywilnym, gdzie część sędziów znacznie chętniej sięga po mediację niż po rozstrzygnięcie sądowe.
Program tzw. „mediacji frankowych” miał pierwotnie odciążyć sądy i przyspieszyć postępowania. W praktyce jednak bywa odwrotnie – liczba zakończonych spraw spada, a statystyki orzecznicze sędziów wypadają coraz słabiej. Przykładem mogą być sędzie Jowita Cieślik, Marzena Gancarz i Magdalena Sieńko, które w pierwszym kwartale roku wielokrotnie częściej kierowały sprawy na mediacje, niż wydawały wyroki.
Jeszcze bardziej jaskrawa sytuacja dotyczy Pauli Jasińskiej-Drzymały i Iwony Falkowskiej – od początku roku do połowy kwietnia żadna z nich nie wydała ani jednego wyroku w sprawach frankowych, choć łącznie przekazały do mediacji blisko czterdzieści postępowań. Rekordzistką w tym zakresie pozostaje Joanna Oliwa, która w ciągu siedmiu miesięcy rozstrzygnęła tylko jedną sprawę, a aż 168 skierowała do rozmów ugodowych.
Dla konsumentów taki trend oznacza niepewność i wydłużenie drogi do odzyskania pieniędzy. Wielu z nich odbiera mediację nie jako szansę na kompromis, lecz jako sposób na odsunięcie w czasie nieuniknionego wyroku. I choć mediacja może być dobrym rozwiązaniem w niektórych przypadkach, masowe kierowanie spraw w tym trybie coraz częściej budzi pytania o skuteczność i intencje takich działań.
Teoria salda wraca do sądu. Przypadek jednostkowy czy nowy kierunek w sprawach frankowych?
Po czerwcowym wyroku TSUE w sprawie C-396/24 w środowisku prawniczym znów zawrzało. Choć Trybunał wyraźnie opowiedział się po stronie konsumentów, część sędziów i banków odczytała jego stanowisko w sposób, który budzi wątpliwości. Efektem tego są pierwsze od dawna orzeczenia rozliczające kredytobiorców i banki według tzw. teorii salda – rozwiązania, które w ostatnich latach niemal całkowicie zniknęło z polskiej praktyki sądowej.
Jedno z takich orzeczeń zapadło w lipcu w warszawskim Sądzie Okręgowym. Sędzia Ewa Wiśniewska-Wiecha uznała umowę kredytu indeksowanego kursem franka za nieważną, lecz strony rozliczyła saldem – uznając, że kredytobiorcy nie nadpłacili kapitału i nie mogą domagać się zwrotu wpłaconych rat. Wyrok wywołał duże poruszenie, bo właśnie w XXVIII Wydziale Cywilnym, gdzie sędzia orzeka, zapada najwięcej decyzji w sprawach frankowych.
Nie wiadomo, czy mamy do czynienia z jednorazową próbą innego podejścia, czy z początkiem szerszego trendu. Frankowicze obawiają się, że podobne orzeczenia mogłyby pozbawić ich prawa do odsetek ustawowych za opóźnienie – świadczenia, które w wielu sprawach stanowi znaczną część roszczenia.
Dla osób czekających na wyrok od kilku lat utrata tych odsetek oznaczałaby realną stratę. Gdyby sądy częściej rozliczały sprawy saldem, banki mogłyby wręcz zyskiwać na przewlekłości postępowań. Takie rozwiązanie stałoby w sprzeczności z unijną dyrektywą 93/13, która ma chronić konsumenta przed skutkami nieuczciwych praktyk i przewagą instytucji finansowych.
Dlatego prawnicy z uwagą śledzą, czy decyzja z lipca okaże się tylko wyjątkiem, czy też zapowiedzią nowego, mniej korzystnego dla frankowiczów kierunku orzeczniczego.
Podsumowanie
W 2025 r. wynik sprawy frankowej wciąż może zależeć bardziej od sędziego niż od samej treści umowy. Choć większość kredytobiorców wygrywa procesy z bankami, zdarzają się orzecznicy, którzy nadal uznają wadliwe umowy za ważne lub przewlekają postępowania, co banki potrafią wykorzystać, proponując niekorzystne ugody. Problemem jest też brak jednolitości w rozliczeniach – identyczne sprawy kończą się różnymi wyrokami, bo każdy sędzia stosuje własne podejście. Coraz więcej frankowiczów decyduje się więc na apelację, nie tylko po przegranej, ale też wtedy, gdy sąd pominie należne odsetki lub uwzględni przedawnione roszczenia banku. Ostateczne rozstrzygnięcie kwestii przedawnienia przez Trybunał Sprawiedliwości UE może otworzyć drogę kolejnym pozwom – zwłaszcza od tych, którzy wcześniej ograniczyli się jedynie do reklamacji.